Drodzy czytelnicy, to nie będzie historia o Harrym Potterze, który mimo trudów i wyrzeczeń ostatecznie zabija Voldemorta i ma swoje „i żyli długo i szczęśliwie”. To nie będzie recenzja filmu na podstawie książek J.K. Rowling, które biją rekordy pod względem popularności na całym świecie. Nie. Przykro mi. Jak się niefortunnie składa będzie to opowieść o sierotach Baudelaire, które ciągle są prześladowane przez zły los. To także recenzja filmu niestety nie tak znanego i odnoszącego sukcesy jak wyżej wspomniany Harry Potter. Seria niefortunnych zdarzeń choć miała być następcą sagi o młodym czarodzieju nie odniosła tak spektakularnego sukcesu.
Film bazuje na serii powieści Daniela Handlera, który jako Lemony Snicket wydał 13 książek opowiadających smutną historię Baudelaire’ów, dzieci wędrujących od opiekuna do opiekuna po tym jak w tragicznym pożarze zginęli ich rodzice. Trójka sierot, Wioletka, Klaus i Słoneczko, dziedziczy po starszych niezłą sumę, na którą ma chrapkę ich opiekun, hrabia Olaf. Co rusz wymyśla on nowe i straszniejsze intrygi, żeby tylko położyć swoje łapska na fortunie Baudelaire’ów. Seria niefortunnych zdarzeń to książki skierowane raczej dla dzieci, jednak ze względu na niecodzienny i ciekawy styl spodobać się może również dorosłym. Handler mimo jasnego podziału na dobro i zło, charakterystycznego dla książek dla młodych czytelników, tworzy interesującą, wielowątkową historię.
Filmowa adaptacja Serii niefortunnych zdarzeń obejmuje historię 3 pierwszych książek – Przykrego początku, Gabinetu gadów oraz Ogromnego okna. To bardzo dobra decyzja Roberta Gordona, scenarzysty, jako że książki po pierwsze są dosyć krótkie, a po drugie schematyczne (szczególnie te początkowe, bo potem styl całkowicie się zmienia). Dzięki takiemu zagraniu widz nie nudzi się, nie brakuje akcji, a postacie przedstawiane są szybko, bez zbytniego rozwlekania, jak to ma trochę miejsce w książkach. Oczywiście film trochę odbiega od książki, zmieniono nieco kolejność wydarzeń, ale wszystko to wypada na korzyść produkcji.
Obsada jest całkiem niezła, Olafem został Jim Carrey, którego nie trzeba nikomu przedstawiać. Spisał się w tej roli znakomicie, choć jego interpretacja hrabiego nieco odbiega od książkowego pierwowzoru. Olaf grany Carreya wydaje się być nieco bardziej melodramatyczny i komiczny, aniżeli złowrogi i przebiegły jak to ma miejsce u Handlera, lecz może to wynikać bardziej z winy samego scenariusza. Tak czy inaczej kreacja Jima zasługuje na uznanie. Browning i Aiken sprawdzili się w roli Wioletki i Klausa, ale trudno tu mówić o rewelacji. Za to bliźniaczki Hoffman jako Słoneczko były słodkie, a jej teksty naprawdę śmieszne. To jeden z największych plusów tej produkcji.
Na uwagę zasługują również nominowane do Oskara kostiumy, które tworzą świetny klimat, bardzo podobny zresztą do tego z książek. Nominację do Nagrody Akademii Filmowej dostał również Thomas Newman, jednak jego kompozycje jakoś niespecjalnie mnie zachwyciły. Owszem, dosyć dobrze pasowały do filmu, ale do rewelacji daleko. Dodać trzeba także że Seria niefortunnych zdarzeń dostała Oskarę za Najlepszy makijaż i całkiem zresztą zasłużenie, gdyż Carrey jako hrabia Olaf, Stefano i kapitan Szlam byli bardzo przekonujący.
Jak wspomniałem już na początku film nie stał się przebojem i choć koszty jego produkcji zwróciły się z nawiązką (ponad 60$ mln zysku) to jednak był to wynik dużo słabszy, niż początkowo liczono. Ostatnio pojawiły się nowe informacje na temat drugiej części, Jim Carrey potwierdził nawet chęć zagrania, lecz to raczej pobożne życzenia producentów, niż rzeczywiste przygotowania. Poza tym w razie sequelu trzeba zmienić obsadę, bo aktorzy grający Baudelaire’ów są już dorośli i nie nadają się do grania dzieci.
Ogólnie Seria niefortunnych zdarzeń to produkcja całkiem niezła, może nie rewelacyjna, ale bez wątpienia dostarcza rozrywki, a przecież o to chodzi. Reżyserowi, Bradowi Silberlingowi, udało się przenieść absurdalny, pełen czarnego humoru klimat z książek na duży ekran. Ten obraz to zupełne przeciwieństwo nowych produkcji o Potterze, gdzie Yates za każdym razem marnuje potencjał i niszczy fantastyczną fabułę pierwowzoru, jakim są bestsellery pani Rowling.