(i obiecywany ciąg dalszy)
Zakończenia to inna para kaloszy
Na pole bitwy wkraczają Castiel i Bobby. Nasz ulubiony aniołek prezentuje nowy sposób użycia świętego oleju, szybko jednak prowadzi go to do własnej śmierci. Ci, którzy czytali spoilery, wiedzieli, iż w odcinku zginie jedna ważna, ukochana przez fanów, postać. Ginie więc Castiel. Totalnie zbici z tropu jego nagłą i niespodziewaną śmiercią, nie zdążamy pozbierać myśli, nim ginie Bobby, kolejny ważny, jeśli nie ważniejszy bohater. Apokalipsa zbiera krwawe żniwo.
Ale to jeszcze nie koniec szokujących zwrotów akcji. Lucyfer staje oko w oko z bezradnym wobec mocy anioła Deanem. Diabeł nie daje mu taryfy ulgowej, mocno go obija. Sam myślałem, że z pomocą przyleci - chwilowo odesłany przez Casa – Michał. Staje się jednak coś, na co straciliśmy już nadzieję – Sam odzyskuje kontrolę. Mylą się wszyscy ci, którzy uważają, że dzieje się to dzięki Impali, dzięki jakiemuś żołnierzykowi. Nie. Dzieje się to przez to, co te rzeczy reprezentują – miłość. Miłość do swojego brata, dobro w najczystszej z możliwych postaci. Podobnie jak Lord Voldemort nie może znieść tego uczucia w Harrym Potterze, tak też Lucyfer staje się bezradny w Supernatural. Miłość zawsze zwycięża (łac. amor omnia vincit) – proste, ale jakże piękne.
Klatka zostaje otwarta ponownie i wpada w nią nie tylko Lucyfer, ale także sam Michał. I po raz kolejny – kto takiego przebiegu akcji się spodziewał?! Dodatkowo Kripke udowadnia, że potrafi grać na emocjach co najmniej tak dobrze jak laureat ostatniego Konkursu Chopinowskiego na fortepianie. Wzruszającą atmosferę uzyskuje przez znakomity dobór scen z poprzednich odcinków i – co wydaje się niemożliwe – absolutny brak muzyki. Słyszymy tylko wiejący wiatr. Dopiero kilkadziesiąt sekund później daje możliwość wykazania się kompozytorowi i wyciska z widzów (w szczególności żeńskiej części widowni) ostatnie łzy, podczas gdy Diabeł wpada do klatki.
Zawsze będą jakieś dziury
Bogiem okazuje się być Chuck. No dobrze, nie mamy pewności, ale bardzo, bardzo wiele na to wskazuje. Rozwiązanie może się komuś podobać lub nie, ja osobiście nic do niego nie mam. Bóg jak się okazuje nie opuścił ludzi i czuwał nad wszystkim. Przecież zresztą tego oczekujemy od wolnej woli, prawda?
Nieco zbyt szybko chyba wskrzeszono Bobby’ego i Castiela. Jeszcze nie zdążyliśmy pogodzić się z ich śmiercią, zatęsknić za nimi, a już byli z powrotem na nogach.
Średnio wypadły także efekty. Ekipie nie brak umiejętności, ale na pewno pieniędzy. Widać to w szczególności w porównaniu z ostatnim finałem Smallville, z którego komputer aż się wylewał (ale oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu). Rozpryśnięcie się Casa wypadło nieco tandetnie, trudno mi się z tym nie zgodzić. O wiele lepiej wyglądała śmierć Anny w The Song Remains the Same – spalenie się ciała i zamiana w popiół robiły spore wrażenie. Kilkusekundowe ujęcie z góry, kiedy Lucyfer i Michał wpadają do klatki także można było dopracować, ale jak się domyślam, na to też zabrakło pieniędzy. Jednak jak na serialowe warunki i tak wypadło to całkiem nieźle. Pan Kripke nie jest głupi i jeśli nie ma na coś wystarczających środków, nie robi tego. Dlatego też nie żałuję, że nie było wielkich pożarów czy innych katastrof - wyglądałoby na to na pewno fatalnie. Twórcy za to bronią się i o kataklizmach słyszymy w telewizji. Rozwiązanie może i płytkie, ale przynajmniej nie pomijają tego tematu. Mogliby się od nich uczyć osoby odpowiedzialne za produkcję V, nowego serialu stacji ABC, gdzie efektów jest cała masa, ale ich jakość jest porażająco słaba. Rób to dobrze, albo wcale – popieram dewizę Kripke.
Spisali się całkiem nieźle
Padły też zarzuty, że cała Apokalipsa została „przegadana”, było za mało akcji, a za dużo rozmów. Cóż, powtarzam – taki jest styl tego serialu. Wiadomo, że koniec świata automatycznie kojarzy się nam z wielkimi wydarzeniami, ale ekipa Supernatural miała inny pomysł. Takich zarzutów nie można mieć do finału, lecz co najwyżej całego serialu. To tak jakby dziwić się, iż w Lost dostajemy kolejną tajemnicę bez odpowiedzi, a w Stargate nowe, robiące cuda urządzenie…
Prześledźmy kilka najważniejszych wydarzeń, jakie doprowadziły Winchesterów i aniołów to tego pojedynku na Stull Cementary. Serialowe Piekło ma wrota w Wyoming, stanie raczej biednym i niezbyt ludnie zamieszkanym, na dodatek nie na jakimś wielkim, słynnym cmentarzu w stolicy. Lilith, pierwszy i najpotężniejszy ze wszystkich demonów, ukrywa się w New Harmony, w stanie Indiana. To miasteczko ma zaledwie niecały 1000 mieszkańców! Demony nie afiszują się swoją obecnością, bo nie chcą zwracać na siebie uwagi, widać to już od samego początku. Brak wielkich, słynnych lokacji jest kontynuowany dalej w czwartym i piątym sezonie. Dean powraca z Piekła w środku bliżej nieznanego nam pola, a Lucyfer jest uwięziony w małej kaplicy w Ilchester. Nie żadna Bazylika św. Piotra w Watykanie, a zwykły, szary kościółek.
Nic dziwnego zatem, że finałowa walka Michała z Lucyferem nie rozgrywała się na Times Square w Nowym Jorku czy Trafalgar Square w Londynie. Wszystko kończy się tam, gdzie się zaczęło – w Lawrence, w stanie Kansas.
Poszli własną ścieżką
Tak naprawdę, gdyby doszło do zapowiadanej walki, niemożliwa byłaby kontynuacja serialu. Nie mówię, że zmieniono ze względu na to zakończenie (bo szczerze mówiąc nie wierzę w to), tyle że przecież po pokonaniu Lucyfera, Bóg miał zrobić Raj na ziemi. Lucyfer i całe zło przestałoby istnieć. Dean nie mógłby pójść do Lisy i wypić zaległego piwa – nie byłoby już zwykłego, tradycyjnego życia. Być może Winchesterom udało się jedynie opóźnić koniec świata i Diabeł ponownie zostanie uwolniony (tym razem w jakiś inny sposób, wszak wiadomo, że Lilith nie może zginąć po raz drugi).
I wreszcie ostatnia scena. Sam pod latarnią. Zaskakująca, szokująca i zostawiająca nas w niepewności. Można być jej przeciwnikiem, stwierdzać, iż była niepotrzebna – dzięki niej jednak będziemy czekać na sezon szósty z zaciekawieniem, jakiego brakowały, gdyby się na nią nie zdecydowano.
Nic tak naprawdę się nie kończy, prawda?
A przynajmniej historia braci Winchester - kolejny rozdział z ich życia zobaczymy już jesienią. Ponoć mamy się spodziewać powrotu do korzeni, do klimatu znanego z pierwszego sezonu. Wydaje się to rozsądnym wyjściem, zwłaszcza, że nic większego od Apokalipsy wymyślić się po prostu nie da.
Swan Song to dla mnie jeden z najlepszych odcinków Supernatural. Choć nie był idealny (ale ideałów przecież nie ma) i tak zdaje się, że będzie także najlepszym finałem tego roku. Ostatnie zdanie może wydawać się zbyt daleko idącym przypuszczeniem – gdyż już za kilka dni finał Lost – ale nie wydaje mi się, żeby ten zdołał wywołać u mnie podobne emocje.
A tak w ogóle to zapraszam na mojego bloga. Dodałem tam kilka nowych notek.
No i jak tam się w tym powodziowym Krakowie się żyje?