|
Blog > Komentarze do wpisu
"Robin Hood"
Robin Hood. Postać legendarna. Wałkowana przez lata, przedstawiana na setki różnych sposobów. Dziesiątki filmów i seriali. A Ridleyowi Scottowi mimo wszystko udało się pokazać to, czego jeszcze nie widzieliśmy, Robin Hooda, jakiego nie znaliśmy.
Bynajmniej nie chodzi tu jak to obecnie często się zdarza unowocześnienie jego legendy. Robin nie chodzi napakowany rozmaitymi gadżetami, reżyser nie idzie do przodu, wręcz przeciwnie – cofa się. Przedstawia nieznane dotąd początki bohatera.
Dwunastowieczna Anglia. Robin Longstride to zwykły, szary łucznik. Nie okrada bogatych, nie daje biednym, martwi się wyłącznie o siebie. Po tym jak ginie król Ryszard Lwie Serce, postanawia wraz z kilkoma kompanami wrócić do ojczyzny. Podczas podróży natykają się na Sir Godfreya, anglika pochodzenia francuskiego, który na zlecenie króla państwa Franków ma zabić Ryszarda. A jako że ten już nie żyje, zasadzka spala na panewce i Godfreya zostaje przegoniony przez Longstride’a. Łucznik wraz z kolegami okradają poległych i przyjmują tożsamość rycerzy, co by ułatwić sobie życie.
Coś niestety nie wyszło. Zresztą nawet nie jedno „coś”. O ile sam pomysł na historię jest bardzo dobry i nowatorski, o tyle już samo jej rozpisanie pozostawia wiele do życzenia. Fabuła jest chaotyczna, nieskładna i przez pierwszą godzinę widz próbuje spamiętać wszystkie twarze i przyporządkować je do odpowiedniej strony. Nie wiadomo, co się dzieje, komu sprzyjać, a kogo się obawiać. Na dodatek przewija się mnóstwo zupełnie niepotrzebnych postaci, a co za tym idzie scen i minut samego filmu. Wypadałoby go skrócić o pół godziny co najmniej. Nudą potrafi wiać nawet w teoretycznie najgorętszej ostatniej bitwie.
To, czemu nie można zaprzeczyć to bez wątpienia oddanie klimatu dwunastowiecznej Anglii. Plenery, kostiumy, budowle wszystko jest naprawdę fantastyczne. Nie widać w ogóle komputerowych efektów, nie ma sztuczności, dużo za to jest realizmu i dosyć brutalnej przemocy.
Z nowym Robin Hoodem jest trochę tak jak z polskimi piłkarzami – starali się, miało być pięknie, a wyszło… powiedzmy, że „poniżej oczekiwań”. Nie wiem, czy jest to film, na który koniecznie trzeba wybrać się do kina. Za pół roku na DVD wyglądałby będzie tak samo dobrze tj. średnio. I taka też będzie ocena.
sobota, 15 maja 2010, rydzussj
TrackBack
|
|
Co do filmu, to i tak nie miałem zamiaru na niego iść, a teraz to jeszcze bardziej mnie od niego odepchnąłeś xD
Tak w ogóle to zapraszam na moejgo bloga. Dodałem tam kilka nowych notek. ;)