Wpisy z tagiem: The Twilight Saga

sobota, 27 lutego 2010
"New Moon"

Zachęcony wypowiedziami kilku osób jakoby New Moon jest dużo lepszy od poprzednika, zdecydowałem się obejrzeć drugą część wampirze sagi autorstwa pani Stephanie Meyer. Ponoć fabuła ciekawsza, więcej akcji, mniej gadania, no i wilkołaki. To musiało się udać.


Ale jak powszechnie wiadomo „co musi to na Rusi” i co nie udało się Zmierzchowi nie udało się i Księżycowi w nowiu. Ba, tych nieudanych rzeczy jest nawet więcej, niż w pierwszej części.

Spodziewałem się, że romans Belli i Edwarda będzie kwitł w najlepsze. W końcu uporali się z tymi złymi wampirami i wszystko powinno być ok. Niestety nie jest. Edward musi wyjechać, bo mieszkańcy zaczynają zauważać, że jeden facet z jego rodzinki się nie starzeje. Sytuacja dosyć logiczna i trudno jej cokolwiek zarzucić (no może poza tym, że Edward wcale jechać z nimi nie musiał, mógł zostać z Bellą, w końcu dorosły jest), ale scena rozstania dwójki zakochanych to bez wątpienia najgorsza rzecz w tym filmie. Dawno czegoś tak słabego nie widziałem. Pattinson jak zwykle był beznadziejny, ale i nawet Stewart mnie negatywnie zaskoczyła. Tragedia.

Tak więc Bela zostaje w tym swoim Forks sama. Na szczęście znajduje sobie nowego kolegę, napakowanego gościa z długimi włosami, którego widzieliśmy już w Twilight. I teraz taka mała dygresja. Podajcie mi nr konta, na który mogę wpłacić pieniądze, żeby zwiększyć budżet filmu, żeby ich było stać na ubrania dla wszystkich aktorów. To chyba jedyne rozsądne wytłumaczenie dlaczego Taylor Lautner w 90% scen jest bez koszulki. No kto by był na tyle głupi, żeby próbować przyciągnąć uwagę kobiet nagim torsem jakiegoś nastolatka? Ja rozumiem, że w wodzie, czy na plaży można pozwolić mu zaszpanować wyrzeźbionym cielskiem, ale w domu, w garażu, na dworze (wersja dla krakowiaków – na polu), pośrodku lasu to chyba lekka przesada.

W New Moon zawodzi nawet scenariusz, który chwaliłem w pierwszej części. Bieda totalna, nuda przez większość filmu, żadnych konkretnych zwrotów akcji, a wielkiego złego, czyli wampirzycę Victorię to o mało co nie przegapiłem, tyle jej było. Aha, ale i tak największą hecą są wilkołaki wyglądające jak przerośnięte wilki. Na to mogła wpaść tylko osoba, która wymyśliła wampiry błyszczące w słońcu. Te dwa pomysły są po prostu na tym samym poziomie.

Jedną z jaśniejszych stron jest muzyka skomponowana przez Alexandra Desplata. Nie jest to wybitne dzieło, ale wyróżnia się na tle tego słabego raczej filmu. Ciekaw jestem jak mu pójdzie oprawa ostatniej części Harry’ego Pottera, gdyż Warner Bros. właśnie jego wybrało jako kompozytora.

Ogólnie New Moon oceniam niżej niż Twilight. Wizja nowego reżysera nie przypadła mi do gustu, film był stanowczo za długi, a oglądanie Belli opłakującej odejście Edwarda było fajne przez pierwsze 5 minut, kolejne 1,5h dostarczyło już odmiennych emocji. Kolejną część sagi i tak znając życie zobaczę prędzej, czy później (choć raczej później).

 

czwartek, 25 lutego 2010
"Twilight"

Ileż krzyku, ileż krwi, ileż emocji podczas premiery można było zobaczyć wokół tego dzieła. Oczywiście oprócz pisków fanek pojawiały się raczej negatywy. Na dodatek, najczęściej od osób, które samego filmu (ani nawet książek) palce nie tknęli, bo nie i już. Ale im się to nie podoba. A choćby nawet to obejrzeli i im się spodobało to i tak nie powiedzą tego głośno. Bo nie.

Ekranizacja bijącej rekordy popularności książki Zmierzch pani Stephanie Meyer. Bez bicia przyznaję się, że tomu nie przeczytałem (ani kolejnych gwoli ścisłości), udało mi się jedynie przebrnąć przez pierwszy rozdział i choć może nie był jakiś tragiczny to dałem sobie z tym spokój. W każdym razie jak wszyscy wiedzą fabuła kręci się wokół (modnych cały czas) wampirów - młoda uczennica spotyka takiego właśnie jegomościa i od razu się w nim zakochuje. Ot, standard.

Zacznijmy może od obrazu wampirów. Daleko im do typu Draculi, gdyż przesiedli się (przynajmniej rodzinka Cullenów wokół kręci się historia) na krew zwierząt. Dzięki temu nie są takimi potworami i widz może je polubić. W sumie przemawia to do mnie. Szkoda jednak, że to koniec dobrych pomysłów. Powiedzcie mi, proszę, dlaczego, do cholery, wampiry w słońcu błyszczą? Ludzie, toż to jednak z największych głupot, jakie widziałem, a wierzcie mi, widziałem wiele. Na dodatek twórcy próbują się wykpić złą pogodą panującą przez praktycznie cały film. Ja rozumiem, że stan Waszyngton to nie słoneczna Kalifornia, ale ciemne chmury 24 godziny na dobę? Litości.

Co ciekawe, niby to ma być jakiś film romantyczny, tylko wyciąte z niego totalnie napięcie seksualne i pożądanie. Kompletne zero. Zamiast zastanawiać się, czy w końcu się pocałują,  rozważamy, czy Edward tym razem zje swoją ukochaną, a może jeszcze nie teraz. Powinno być chyba jednym z największych cech tej produkcji, a tu lipa. No ale w sumie dla mnie to plus, bo na filmowych romansidłach totalnie wymiękam (ale nie w sensie "płaczę" :D).

Jak wspomniałem napięcia między dwójką głównych bohaterów brak, ale to w sumie też zasługa aktorów. O ile Kristen Stewart jako Bella była poprawna, mogło być gorzej, a całkiem nieźle się na nią patrzyło to Robert Pattinson to jakaś totalna pomyłka. Choć to może raczej nie jego samego wina, tylko scenariusza. Udowodnił zresztą w Harrym Potterze, że grać potrafi. W Zmierzchu zaś prezentuje przez cały film dwie miny! I to i tak nie wiem, czy nie zaokrągliłem w górę... Wygląda jakby miał zaraz zwymiotować (nie mam zielonego pojęcia dlaczego), co jest dodatkowo potęgowane przez biały makeup, który ma na twarzy. To miało pokazać, że wampiry są zimny przez cały czas, tak podejrzewam. Cóż, nie wyszło.

Budżet produkcji wyniósł ledwie 37 mln $, co wyjaśnia wyjątkowo tandetne efekty specjalne. Takie tzw. szybkie bieganie, jakim dysponują wampiry to ja mogę w domu zrobić. Już nawet w Smallville Clark Kent ten efekt jest o niebo lepiej wykonany.

Tak psioczę i psioczę, ale szczerze mówiąc cały film oglądało się całkiem znośnie. Może nie wszystko stało na wysokim poziomie, ale ogólnie było ok. To pewnie zasługa scenariusza, który oprócz kilku dziur i niedorzeczności całkiem ładnie ciągnął akcję do przodu. Nie dziwię się, czemu nastolatki tak za nim przepadają, ma to coś, co potrafi urzec. Tyle tylko, że ja jestem a) facetem i b) za stary, żebym się tym podniecał.

wtorek, 05 stycznia 2010
Nieco inna wersja "Zmierzchu"

Saturday Night Live to taki cotygodniowy amerykański kabaret. Co odróżnia go od polskiego Kabaretonu to fakt, że skecze nigdy się tam nie powtarzają i ma stałą obsadę. No i oczywiście w każdym odcinku pojawia się gość specjalny, osoba znana ze świata showbussinesu - najczęściej aktorzy lub piosenkarze.

W ciągu 35 sezonów był wzloty i upadki oczywiście, niektóre skecze przeszły już do historii, inne były wybitnie beznadziejne. Ostatnio śmiem twierdzić, że poziom w porównaniu do poprzednich kilku lat się nieco podniósł, czego dowodem jest filmik, który chciałem wam przedstawić - parodia filmu Twilight znanego u nas raczej jako Zmierzch. W roli Belli występuje Taylor Swift, słynna piosenkarka, znana ostatnio ze słynnego incydentu z Kanye Westem podczas MTV Video Music Awards. W wolnym czasie udało mi się opatrzyć go również polskimi napisami, więc nieanglojęzyczni też mogą spokojnie oglądać.

I jeszcze taka mała dygresja, żeby wpasować się w końcu w nazwę tego bloga - jak przełożyć angielskie Firelight (światło dawane przez ogień), żeby zachowało klimat oryginału? Słowo rymuje się z Twilight i oczywiście dotyczy strachu Franków przed ogniem, co zostało pokazanie zwiastunie. Ja z braku lepszego pomysłu przełożyłem to jako Zmierzch ognia, ale to nijak ma się do gry słownej w oryginale. Kto wymyśli słowo związane z ogniem, bądź płomieniem, które będzie rymowało się z naszym polskim Zmierzchem?

polecane
supernatural
avalonscripts
smallville
supernatural
supernatural