Zdziwilibyście się, ile wkładu w każdy film ma jego reżyser. Widzimy tylko aktorów, a międzyczasie nie zwracamy na rodzaje ujęć, montaż produkcji i masę innych rzeczy. Wagę tej posady jednak na pewno docenicie po seansie Czterech pokoi, filmu napisanego i wyreżyserowanego przez 4 różne osoby.
Four Rooms to produkcja z 1995 roku, której głównym pomysłodawcą był Quentin Tarantino. Film przedstawia jeden dzień z życia boya hotelowego, niezbyt łatwy trzeba dodać. Akcja zamyka się w czterech pokojach, gdzie Ted (wspomniany boy) przeżywa najbardziej nieprawdopodobne historie w swoim życiu - trafia na sabat czarownic, uczestniczy w scence erotycznej małżeńskiej pary, pilnuje dwójki najbardziej niegrzecznych dzieci na świecie oraz bierze udział w kuriozalnych zabawach ludzi z Hollywood.
Istotą filmu jest wyraźny rozdział na 4 części, każda opowiadająca historię jednego pokoju i każda napisana i nakręcona przez inną osobę - odpowiednio Allison Anders, Alexandre'a Rockwella, Roberta Rodrigueza i Quentina Tarantino. Każda zupełnie inna, ale każda idealnie wpasowywująca się w całość.
Wyraźnie widać wpływ każdego reżysera na odbiór, ujęcia, dobór kolorów są zupełnie inne w każdym segmencie, co szczerze mówiąc bardzo pozytywnie wpływa na widza. Same historie mimo że kuriozalne i interesujące są dosyć mało skomplikowane, przez co mogłoby po pewnym czasie nużyć. Wyłapywanie tych smaczków, charakterystych zagrań każdego z reżyserów oraz nawiązań do innych filmów (jak np. do Człowieka z południa Hitchcocka).
Mimo skromnego budżetu (4 mln zielonych) udało się skompletować całkiem niezłą obsadę. Postać głównego bohatera zagrał Tim Roth i za tę rolę dałbym mu jeśli nie Oscara to nominację do niego conajmniej. Ekscentryczny Ted w jego wykonaniu jest prześmieszny i wbrew nieprawdopodobnym sytuacjom, jakie go spotykają pozostaje wiarygodny. W pierwszej części pojawia się także Madonna, za swój występ nagrodzona Złotą Maliną... Cóż, nie bardzo rozumiem tej decyzji, jako że zagrała tak jak było w scenariuszu - kiczowato (ale nie w znaczeniu negatywnym), osobliwie, tak jak powinna. Najbardziej gwiazdorsko obsadzone jednak są jednak część trzecia i czwarta. Antonio Banderas i Tamlyn Tomita, choć czasu na ekranie wiele nie spędzili to pokazali się ze swojej najlepszej strony. Szczególnie ten pierwszy na pewno zaskarbił sobie serca publiczności. Ostatni segment filmu to popis samego Quentina Tarantino, który oprócz napisaniem i wyreżyserowaniem filmu zajął się też graniem roli... hollywoodzkiego reżysera, a jakże. Oprócz tego krótkie role trafiły się Salmie Hayek i Bruce'owi Willisowi.
Nie jest to jakaś wielka produkcja, powodująca masowy opad szczenek, ale na pewno ludzie lubiący dobre - oparte na scenariuszu a nie efektach - kino nie uznają czasu poświęconego na jego seans czasem straconym. Bazujący na graniczy kiczu Four Rooms na pewno może uprzyjemnić nam jedno popołudnie.