Wpisy z tagiem: poradnik tłumacza

środa, 28 kwietnia 2010
Epicka notka

Avatar - epicka produkcja. Alice in Wonderland - epicka ekranizacja. House - epicki bohater. Hollywood - epickie. Filmy - epickie. Seriale - też epickie. Wszystko jest epickie. No ludzie, ileż można.

Ostatnio właśnie przymiotnik epicki stał się bardzo popularny. W sumie nie wiadomo dlaczego akurat teraz, bo Anglicy jak go używali wcześniej, tak też używają go i teraz. Wszystko wzięło się z niewiedzy, braku znajomości języka polskiego. Obcojęzyczne epic znaczy mniej więcej wielki, spektakularny, widowiskowy, dramatyczny. Po polsku epickość to jednak zupełnie coś innego - epicki czyli pisany prozą, prozatorski. A przynajmniej tak było do niedawna.

Dziś mamy epickie bitwy, walki, filmy, postacie, czy też nieco z innej kategorii - epickie imprezy, a raczej melanże. Nie no, wypas po prostu. Nie ma już innych określeń?

Najnowsze słowniki języka polskiego innego znaczenia niż te podane przeze mnie nie znają. Problem w tym, że nikt się przejmuje. Zapożyczamy słowa z innych języków kiedy tylko możemy, niekoniecznie słusznie, prawidłowo i rzadko z rzeczywistej potrzeby. Ostatnio plakat na przystanku autobusowym straszył mnie dizajnem - tak, właśnie w ten sposób pisanym. Zaiste to było traumatyczne przeżycie.

Jednak wracając do epickości. Pan dr Wolański (filolog z UW) wypowiedział się o tym używaniu tego słowa w ten sposób:
Mamy bowiem do czynienia ze zjawiskiem tzw. neosemantyzacji, czyli nadaniu wyrazowi dobrze zakorzenionemu na rodzimym gruncie nowego znaczenia pod wpływem języka obcego. Przymiotnik epic ma w angielszczyźnie szersze znaczenie niż w polszczyźnie. Zasadniczo neosemantyzmy są uznawane za elementy błędne. Należy jednak dodać, iż czasami – na mocy kryterium uzualnego (użycia) – wchodzą do normy potocznej.

I w porządku, niech będą sobie w mowie motocznej. Ale czemu, do ****, są one w prasie i profesjonalnych (?) portalach?! Ostatnio oglądając nawet odcinek jakiegoś serialu w polskich napisach też mignęło mi coś epickiego, podczas oscarowej gali na Canal+ tłumacz nazywa Avatara filmem epickim.

Zdaję sobie sprawę, że być może jest to walka z góry skazana na porażkę. Dziś już można używać w mowie (na razie tylko w mowie, ale niedługo i do pisma się to przyjmie) pisze (a nie jest jest napisane), książkę (a nie książkę), a ponoć wkrótce ma zostać do słownika wprowadzone - o, zgrozo - poszłem.

Walczmy o ten nasz język. Redaktorzy, tłumacze, zwracajcie na te zapożyczenia uwagę. Nikt nie broni wam tak rozmawiać z kumplami, ale jeśli dzielicie się swoją pracą ze światem to już inna bajka. W przeciwnym wypadku już niedługo ludzie przestaną być żałośni, a staną się patetyczni. A to przecież tylko kolejny błąd wynikający z niewiedzy.

środa, 14 kwietnia 2010
Jęczenie i chomiki

Notka z gatunku tych, które w założeniu miały się na tym blogu pojawiać przez cały czas, ale wyszło jak wyszło... W każdym razie mam dla was (AnDyX i Q, bo przecież nikt inny tego nie czyta :D) fajną grę słowną.

Oto zwiastun Ghostfacers, internetowego spin-offu serialu Supernatural.

W oryginale jak można usłyszeć brzmi to następująco:

- I'd punch him right into face!
- They'd cry.
- Winchester would be whining.
- Whine-chester.
- Whinechesters.

Oczywiście trik polega na tym, że angielskie whine czyli jęczeć/szlochać wymawia podobnie jak pierwszy człon nazwiska Winchester, a że wcześniej była wzmianka o płaczu no to Harry i Ed nieco wyśmiali braci W.

Jak ja sobie z tym poradziłem możecie zobaczyć na powyższym filmiku. Choć z wersją pierwotną nie to za wiele wspólnego, to jakoś nazwanie chomika częścią nazwiska braci uznałem, że wystarczająco śmieszny żart. Ale to może tylko moje osobliwe poczucie humoru :).

czwartek, 18 marca 2010
Zagubiony w tłumaczeniu

Najwyższy czas na to, żeby zacząć to, po co w ogóle ten blog został stworzony - rady dotyczące tłumaczenia. Zanim jednak na dobre rozpocznę ten temat, muszę nieco przedstawić swoją osobę, moje doświadczenie, żeby udowodnić w ogóle, że warto mnie słuchać :).

Zatem tak, swoją przygodę z tłumaczeniem zacząłem jesienią 2006 roku, czyli ponad 3 lata temu. Początkowo jako tzw. freelancer, czyli bez przydziału do grupy, jednak po jakimś pół roku zaciągnąłem się do Hataka. Nie będę kłamał, przyjęto mnie z miejsca, bez żadnych testów, pytań itd. Jak to Sokar, ówczesny szef, określił - "jak będziesz robił złe napisy, userzy sami cię zjedzą". W teorii niby tak jest, szkoda że praktyka wygląda zupełnie inaczej... Z perpektywy czasu przyznam, że na przyjęcie mnie do tej eliternej grupy nie zasługiwałem. Ba, jak patrzę dziś na swoje pierwsze napisy to łapię się za głowę i zastanawiam się, co to za idiota tłumaczył. Naprawdę. Wstydzę się ich.

Ale każdy kiedyś zaczynał. I nikt od razu nie był w tłumaczeniu najlepszy. Choćbyście umieli angielski lepiej od Anglika to możecie polec na najprostszych kwestiach. Osobiście jestem zdania, że aby sensownie tłumaczyć seriale i filmy wypada znać język min. na poziomie FCE (B2) albo obecnej matury rozszerzonej. Nikt nie broni oczywiście wam tego robić, jeśli nie na tym etapie jeszcze nie jesteście. Tyle że większość czasu spędzicie nie na napisach, a na ling.pl bądź podręcznym słowniku. Z drugiej strony jednak przez tłumaczenie seriali można doskonale podszkolić się z języka obcego (wiem z własnego doświadczenia).

Jeśli jednak jest się do tyłu z językiem to trzeba uważać, za co się bierze. O ile większość amerykańskich produkcji przesadnie skomplikowana nie jest, o tyle zdarzają się wyjątki, które sprawiają problemy nawet profesjonalistom (choć to może złe porównanie, bo profesjonaliści radzą sobie gorzej niż tłumacze-amatorzy). Przykładowo w takim Lost przeważają zdania typu "Run, Kate, run!" albo "We need to leave this island", więc żadnej trudności w przekładzie tego nie ma. Dlatego też napisy do Zagubionych udaje się zrobić tak szybko, nie jest to aż tak wielka zasługa samych tłumaczy, jak w większości myślą pobierający. No chyba że liczyć wstanie o 4 nad ranem (w nocy?) jako zasługę. Początkujący tłumacze winni wystrzegać się jak ognia wszelich sitcomów (gry słowne) oraz seriali historycznych (stylizacja językowa) i medycznych (terminologia specjlalistyczna). Idealne są jakieś zwykłe obyczajówki, czy seriale sensacyjne.

Ale dobra, miałem mówić, czemu warto poczytać moje wypociny. Staż w tłumaczeniu mam dosyć spory, należę do najlepszej grupy amatorskich tłumaczy w kraju i chyba nieźle sobie w tym fachu radzę (ale to raczej moja subiektywna opinia :D). Współpracowałem za to z wieloma cenionymi tłumaczami i raczej nie narzekali. Po kolei piąłem się w hierarchii, zajmując się coraz to bardziej popularnymi serialami (nie wchodzący przy tym nikomu w paradę, bo to nie sztuka).

Obecnie na koncie mam tłumaczenia następujących seriali (choć zapewne coś pominałęm): Accidentally on Purpose, Day Break, Gossip Girl, Harper's Island, How I Met Your Mother, One Tree Hill, Prison Break, Reaper, Smallville, Supernatural, The 4400, The Big Bang Theory. Nie zamierzam dokładnie liczyć moich "dzieł", ale szacuję, że już mogę mówić już o kilkuset na swoim koncie. Język angielski znam w stopniu bardzo dobrym, można go umieścić pomiędzy CAE (C1) / CPE (Profficiency, C2), a maturę, rozszerzoną oczywiście, zdałem na 90% (straciłem punkty na gramatyce, która jest moją piętą achillesową niestety).

To by było na tyle, jeśli chodzi o początek poradnika tłumacza. Wkrótce postaram się poruszyć konkretne zagadnienia związane z tłumaczeniem.

polecane
supernatural
avalonscripts
smallville
supernatural
supernatural