Wpisy z tagiem: James Cameron

wtorek, 09 marca 2010
Co dobrego na tegorocznej gali

Oscary to bez wątpienia największe wydarzenie w dziedziny kultury i rozrywki w ciągu roku. Tony, Emmy, czy też Grammy, owszem również są warte obejrzenie i zainteresowania się, jednak to właśnie Nagrody Akademii Filmowej wyznaczają nowe standardy. A przynajmniej tak mówi teoria. W praktyce ostatnia ceremonia była wyjątkowo nudna i poza tzw. opening number, nie było w niej nic ciekawego. Hugh Jackman w roli prowadzącego się nie sprawdził, więc wrócono do poprzedniej zasady, czyli zatrudnianie jako hosta słynnego komika.

I tak 82-gie Oscary wylądował ze Stevem Martinem i Alekiem Baldwinem na podstawie. Ten pierwszy to już weteran, zarówno jeśli chodzi o prowadzenie ceremonii (do tej pory dwukrotnie), drugi to debiutant i choć nie do końca można uznać za komika, to jest on bardzo dobrze znany ze swojej roli w serialu 30 Rock, za którą zresztą zebrał kilka nagród Emmy.

Tegoroczne rozdanie statuetek rozpoczęła prezentacja aktorów. Nie żebym ich nie lubił, czy coś, ale po co marnować cenny czas (przecież zawsze się pogania tych, którzy dziękują...), skoro i tak w trakcie całej uroczystości jeszcze nie raz zostaną pokazani przez operatorów, wspomniani przez prowadzących, czy w końcu przedstawieni przez prezenterów, którzy będą wręczać nagrodę w ich kategorii.

Całe szczęście nudę przegania niespodziewanie Neil Patrick Harris (słynny Doogie Howser, bądź też może nieco mniej znany, Barney z How I Met Your Mother), znakomicie wykonując numer początkowy. Ma chłopak umiejętności, trzeba to przyznać. Następnie przychodzi czas na mowę, czyli coś, co jest dla nas, widzów, chyba najbardziej ciekawe, jeśli chodzi o całą oscarową otoczkę. Tutaj Martin i Baldwin nie zawodzą, ale ich występ do genialnych nie należał. Ot, standard. Kilka żartów na temat nominowanych aktorów, czy też filmów to nie tego, czego się spodziewałem, tym bardziej że poprzednie przemówienia Steve’a były doprawdy wyborne. Całe to ich show wydało mi się nieco schematyczne, jeden rzuca nazwiskiem, drugi rzuca mniej lub bardziej śmiesznym żartem. Oczywiście bije to na głowę Hugh Jackmana z zeszłego roku, co jednak wielkim wyczynem nie jest.

Sama ceremonia przebiegała bez żadnych wodotrysków, nie było jakiejś ciekawej mowy dziękczynnej, przeważało tradycyjne wymienianie nazwisk. Trzeba było, Akademio, wybrać Avatara to przynajmniej James Cameron by coś w języku niebieskich stworów Na’vi powiedział.

Zdziwiło mnie także całkowicie pominięcie katastrofy na Haiti. Zwykle Clooney wychodził na środek i zbierał datki, czy coś w tym stylu. Nie żeby mi tego specjalnie brakowało, ale czyżby Amerykanie zgubili gdzieś swój patriotyzm? No chyba że George miał już mowę zaplanowaną, tyle że nie dano mu statuetki i tym samym okazji do jej wygłoszenia.

Jasnych punktów było jeszcze kilka. Niezły numer miał Ben Stiller ucharakteryzowany na avatarowskich Na’vi. Świetnie sparodiował technologię tej produkcji, podobnie jak to uczynił kilka lat temu przebierając się w strój zielonego Golluma (tak jak on był widziany na planie) z Władcy Pierścieni i udając, że jest niewidzialny. Na uwagę zasługuje również tribute do horrorów, czyli specjalnie przygotowany klip oddający cześć tym produkcjom. Na marginesie dodam, że przedstawiali go Lauter i Stewart, parka znana z drugiej części Zmierzchu, choć nie mam zielonego pojęcia, co oni mają wspólnego z horrorami. I oświeci mnie ktoś, czemu panna Stewart trzęsła się jak na odwyku, kiedy była na scenie?!

Ostatnią rzeczą wartą wspomnienia była kategoria Najlepsza muzyka skomponowana na potrzeby produkcji. Połączenia nowoczesnego tańca z dziełami takich kompozytorów, jak Horner, Zimmer, czy Giacchino wypadło znakomicie. Sam pomysł jest już w ogóle świetny i nowatorski, o co trudno już, a wykonanie stało na najwyższym poziomie. Nawiasem mówiąc podziwiam tych ludzi, którym udało się zatańczyć do motywu z Sherlocka Holmesa Hansa Zimmera, bo jest on wybitnie mało rytmiczny.

Tak więc czekamy teraz na kolejne rozdanie Oscarów i kolejną zwyżkę w poziomie artystycznym.

poniedziałek, 08 marca 2010
"Avatar" w pułapce wojny

Cała noc oglądania na nic. Zwycięzcą tegorocznej ceremonii okazał się być The Hurt Locker, film, którego typowałem na wielkiego przegranego. Owszem, produkcja całkiem niezła, nominacje zasłużone, ale wydaje mi się, że na wygraną żadną nie zasłużył. Zawsze w kategorii trafiło się coś lepszego. Ale cóż, że Akademia jest dziwna to wiemy nie od dzisiaj.

Jak sprawdziło się moje typowanie? Tak jak przewidywałem, dosyć kiepsko :].

Krótkometrażowy film dokumentalny. Zwycięzca: Music by Prudence

I twórcy Królika obeszli się smakiem. Choć to nie pierwsza przegrana polskiej produkcji (już sama nominacja jest niesamowitym sukcesem) to media nagłośniły ostatnio ten film, emitowały wypowiedzi krytyków, którzy dawali mu dużą szansę na zwycięstwo, czuję się więc zawiedziony. Ta jedna rzecz mogłaby osłodzić mi klęskę Avatara.

Długometrażowy film animowany. Zwycięzca: Up

Tak jak typowałem. Tu nie było niespodzianki.

Efekty specjalne. Zwycięzca: Avatar

Jak wyżej, żadna niespodzianka. Najpewniejszy Oscar tego roku, po prostu statuetka nie mogła pójść w inne ręce.

Montaż dźwięku. Zwycięzca: The Hurt Locker

Typowałem Avatara oczywiście, ale okiem laika. Trudno takiemu szaremu widzowi stwierdzić jakieś wybitne osiągnięcia w kwestii montażu czegokolwiek.

Dźwięk. Zwycięzca: The Hurt Locker

Też miał wygrać Avatar i też g…

Piosenka. Zwycięzca: "The Weary Kind" z Crazy Heart

Bieda z nędzą. Bez kitu, Akademii udało się wybrać zdecydowanie najgorszą piosenkę spośród wszystkich nominowanych. Ostatnim trafnym wyborem w tej kategorii było chyba „My Heart Will Go On” z Titanica w 1998 roku.

Najlepsza charakteryzacja. Zwycięzca: Star Trek

I co, zgadłem! Bałem się, że zdecydują się na coś tradycyjnego jak The Young Victoria, a tu taka miła niespodzianka.

Montaż. Zwycięzca: The Hurt Locker

Dziwię się, że nie dali tego ekipie Camerona za swój wkład w historię kinematografii. Stworzone przez nich te kamery i techniki kręcenia… No ale cóż, The Hurt Locker trzeba będzie jeszcze raz chyba obejrzeć, bo nie doceniłem go za pierwszym najwidoczniej.

Kostiumy. Zwycięzca: The Young Victoria

Wahałem się między Nine a Coco before Chanel… kolejny świetny typ, nie ma co.

Scenografia i dekoracja wnętrz. Zwycięzca: Avatar

Jak na złość tu wygrywają niebieskie stwory, kiedy ja prosiłem o statuetkę dla Sherlocka. Choć to i tak prestiżowa kategoria nie jest, umówmy się.

Muzyka. Zwycięzca: Up

Bez niespodzianki, można się było tego spodziewać po Akademii. Kolejne moje trafienie.

Zdjęcia. Zwycięzca: Avatar

Słusznie, słusznie. Trzecia (i ostatnia jak się potem okazało) wygrana dzieła Camerona.

Aktorka drugoplanowa. Zwycięzca: Mo’Nique za Precious

Choć sercem kibicowałem Penélope Cruz to podejrzewałem właśnie, że statuetka trafi do rąk Mo'Nique.

Aktor drugoplanowy. Zwycięzca: Christoph Waltz za Inglourious Basterds

Chris Waltz był pewniakiem, nie myliłem się. Dziwi mnie jednak, że to jedyny Oscar, jaki zdobyły Bękarty.

Aktorka pierwszoplanowa. Zwycięzca: Sandra Bullock za The Blind Side

Precious zatriumfować powinien jeszcze raz wg mnie. Nie rozumie w ogóle tego wyboru. Bullock? Za taką rolę? To już prędzej ta Złota Malina jej się należała, niż ten Oscar.

Aktor pierwszoplanowy. Zwycięzca: Jeff Bridges za Crazy Heart

Wyjątkowo zaskoczony jestem tym wynikiem. Bridges był u mnie chyba ostatnim kandydatem do wygranej.

Reżyseria. Zwycięzca: The Hurt Locker

Może i Avatar nie jest najlepszym filmem, ale Cameron reżyserem jest wybitnym, trzeba to przyznać. Statuetka należała mu się i to chyba jeszcze bardziej, niż przy Titanicu, a tymczasem zgarnęła ją Kathryn Bigelow. Ale się teraz będą rozpisywać gazety, że to pierwsza kobieta-reżyserka, która zdobyła Oscara. Tylko niech nie zapomną dodać słów „nie do końca zasłużenie”.

Scenariusz adaptowany. Zwycięzca: Precious

Że Up in the Air nie wygrało to również jestem zdziwiony. Film choćby kręcony pod Oscary, a sam scenariusz to jeden z największych atutów tej produkcji.

Scenariusz oryginalny. Zwycięzca: The Hurt Locker

Byłem pewny, że zwycięży Quentin Tarantino i dostałem za swoje. Ech, ta Akademia.

Najlepszy film. Zwycięzca: The Hurt Locker

Największe zaskoczenie spośród wszystkich. Precious bym zrozumiał, Up in the Air również, oba to filmy bardzo dobre. Bękarty pod Oscary zbytnio nie podchodzą, ale zresztą i Avatar to film całkowicie nieoscarowy. Coś takiego pokonało Clooneya, Tarantino i Camerona?!?!?! Are u kiddin’ me?! Wynik ostatecznej rozgrywki AvatarThe Hurt Locker 3:6.

Trafiłem 7 na 20 kategorii (które mnie interesują), co daje 35% skuteczności. I dobrze, bo jak ceremonie staną się przewidywalne to kto to będzie oglądał? A co do samej ceremonii wrócę w kolejnej notce, bo ta warta jest szerszego opisania – w skrócie tylko dodam, że było lepiej, niż w zeszłym roku.

czwartek, 11 lutego 2010
Oscarowe nominacje

Nieco opóźnione (ale w końcu ponoć lepiej tak niż wcale) podsumowanie tegorocznych nominacji do Oscarów. Rozdanie następi za niecały miesiąc, 7 marca, co daje nam jeszcze trochę czasu do nadrobienia do tej pory nieobejrzanych produkcji. Jednak jako że widziałem już z tego sporo, to pozwolę sobie zrobić typowanie już teraz.

Zanim jeszcze jednak przejdę do sedna to powiem, że tegoroczna gala zapowiada sie dużo ciekawiej niż ostatnia. Są w końcu jakieś ciekawe filmy, jest nawet parę takich, którym gorąco kibicuję, w przeciwieństwie do hitu z zeszłego roku, jakim okazał się Slumdog Millionaire. Może i to film niezły, ale żeby go od razu nagradzać Oscarem? Choć w sumie konkurecja była równie biedna jak i on sam. No i poza tym zamiast Hugh Jackmana w roli prowadzącego zobaczymy Steve'a Martina (którego wcześniejsze monologii były co najmniej bardzo dobre) i Aleca Baldwina (30 Rock nie oglądam, ale mam nadzieję, że nie dostał tylu Emmy za piękne oczy...).

Pominę parę kategorii, bo a) nie interesują mnie, b) nie znam się na nich, bądź c) jedno i drugie.

Krótkometrażowy film dokumentalny. Nominacje: China’s Unnatural Disaster: The Tears of Sichuan Province, The Last Campaign of Governor Booth Gardner, The Last Truck: Closing of a GM Plant, Music by Prudence, Rabbit a'la Berlin

Zwycięzca? Królik po berlińsku oczywiście. Nie żebym widział jakikolwiek inny z tej listy, no ale w końcu trzeba być patriotą, nie? Szkoda jednak, że Rewers nie dostał nominacji - moim zdaniem lepszy od Królika.

Długometrażowy film animowany. Nominacje: Coraline, Fantastic Mr. Fox, The Princess and the Frog, The Secret of Kells, Up

Zwycięzca? Up. Jedyny z tego co oglądałem, więc mogę być nieco nieobiektywny, ale biorąc pod uwagę opinie w internecie, wydaje się być pewniakiem.

Efekty specjalne. Nominacje: Avatar, District 9, Star Trek

Jeśli Avatar ma zdobyć jakąś statuetkę to właśnie w tej najbardziej na to zasługuje. District 9 jak na taki mały budżet (30 mln $) wygląda całkiem, całkiem, a Star Trek mógłby śmiało zwyciężyć w każdym roku, tylko nie w tym, nie wtedy kiedy konkuruje z dziełem Camerona.

Montaż dźwięku. Nominacje: Avatar, The Hurt Locker, Inglourious Basterds, Star Trek, Up

Zwycięzca? Avatar, chyba. Nie znam się na tym, szczerze mówiąc, ale mam nadzieję, że wygra film o niebieskich człekopodobnych stworzeniach.

Dźwięk. Nominacje: Avatar, The Hurt Locker, Inglourious Basterds, Star Trek, Up

Zwycięzca? Avatar, jak wyżej. Jestem ciekaw, czy ludzie z Akademii potrafią odróżnić te kategorie, bo nawet nominacje są takie same :).

Piosenka. "Almost There" z The Princess and the Frog, "Down in New Orleans" z The Princess and the Frog, "Loin de Paname" z Paris 36, "Take It All" z Nine, "The Weary Kind" z Crazy Heart

Zwycięzca? "Take It All" z Nine. Jak bardzo lubię twórczość Randy'ego Newmana tak niestety Księżniczka i żaba to produkt raczej średni, zaś Dziewięć... ach, no to po prostu trzeba zobaczyć - świetna piosenka. Zaskoczył mnie brak nominacja dla Leony Lewis za "I See You" z Avatara. Nie żeby zasługiwała ona na wygraną, ale jest i tak lepsza od większości utworów z tej listy.

Najlepsza charakteryzacja. Nominacje: Il Divo, Star Trek, The Young Victoria

Zwycięzca? Star Trek. Reszty nie oglądałem, a Spock wyglądał całkiem nieźle, więc niech się trekkies cieszą.

Montaż. Nominacje: Avatar, District 9, The Hurt Locker, Inglourious Basterds, Precious

Zwycięzca? Avatar. Cameron za swoje wynalazki coś musi dostać, nie ukrywajmy.

Kostiumy. Nominacje: Bright Star, Coco before Chanel, The Imaginarium of Doctor Parnassus, Nine, The Young Victoria

Zwycięzca? Trudno powiedzieć. Dziwi mnie brak nominacji dla Sherlocka Holmesa, tamtejsze kreacje bardzo mi się podobały. Parnassus to film co najwyżej średni, podobnie jak jego kostiumy i choć Penélope Cruz w Nine zapierała dech w piersiach w swoim gorsecie stawiam na Coco before Chanel.

Scenografia i dekoracja wnętrz. Nominacje: Avatar, The Imaginarium of Doctor Parnassus
Nine, Sherlock Holmes, The Young Victoria

Zwycięzca? Sherlock Holmes. Skoro nie za kostiumy to chociaż za scenografię :). Avatar to nie wiem za co dostał tę nominację, przecież i tak tam wszystko komputerowo wygenerowali, a to nie za to ta nagroda powinna być...

Muzyka. Nominacje: Avatar, Fantastic Mr. Fox, The Hurt Locker, Sherlock Holmes, Up

Zwycięzca? Up prawdopodobnie. Horner przy Avatarze się nie wykazał tzn. muzyka idealnie pasuje do filmu i buduje w nim klimat, jednak nie pozostaje w pamięci, a przecież dobry soundtrack, oscarowy soundtrack powinien. Osobiście najbardziej podoba mi się to, co zrobił Hans Zimmer w Sherlocku, jednak zapewne nie dostanie on statuetki. Wszyscy uważają, że oryginalność jego dzieła jest przereklamowana... Może i mają rację, ale i tak niemiecki kompozytor wykazał się bardziej, niż choćby Giacchino w Odlocie...

Zdjęcia. Nominacje: Avatar, Harry Potter and the Half-Blood Prince, The Hurt Locker, Inglourious Basterds, The White Ribbon

Zwycięzca? I tu trudno mi się zdecydować. Waham się pomiędzy Avatarem a Bękartami wojny, oba filmy całkiem nieźle się spisały w tym aspekcie, niech eksperci zatem zdecydują. A tak w ogóle to kto nominował Harry'ego Pottera?! Zgroza normalnie.

Aktorka drugoplanowa. Nominacje: Penélope Cruz za Nine, Vera Farmiga za Up in the Air, Maggie Gyllenhaal za Crazy Heart, Anna Kendrick za Up in the Air, Mo’Nique za Precious

Zwycięzca, a raczej zwyciężczyni? Absolutna gwiazda Nine, czyli Penélope Cruz. Oczywiście jestem zaślepiony swoim uwielbieniem dla tej aktorki, więc statuetka może pójść do kogoś innego, jak np. Mo'Nique.

Aktor drugoplanowy. Nominacje: Matt Damon za Invictus, Woody Harrelson za The Messenger, Christopher Plummer za The Last Station, Stanley Tucci za The Lovely Bones, Christoph Waltz za Inglourious Basterds

Zwycięzca? Chris Waltz wydaje się być pewniakiem. Jedynym rywalem może być Matt Damon, ale on chyba nie zachwycił publiczności, jak ten pierwszy. Poza tym Bękarty muszą zdobyć kilka statuetek, takie są zasady.

Aktorka pierwszoplanowa. Nominacje: Sandra Bullock za The Blind Side, Helen Mirren za The Last Station, Carey Mulligan za An Education, Gabourey Sidibe za Precious, Meryl Streep za Julie & Julia

Zwyciężczyni? Meryl już swoje dostała, Helen jakoś mi się nie widzi, Sandra i Carey niczym się nie wykazały, co zostawia nam... Gabourey Sidibe. Matematyka nie kłamie.

Aktor pierwszoplanowy. Nominacje: Jeff Bridges za Crazy Heart, George Clooney za Up in the Air, Colin Firth in za A Single Man, Morgan Freeman za Invictus, Jeremy Renner za The Hurt Locker

Zwycięzca? Prawdpodobnie weteran Clooney. Nie powiem, całkiem nieźle mu poszło w W chmurach, jednak gdyby to ode mnie zależało to dałbym statuetkę Morganowi Freemanowi. I tak na marginesie - okradli tutaj Roberta Downey Juniora! Może niekoniecznie musiałby wygrać, ale na nominację jak najbardziej zasłużył.

Reżyseria. Nominacje: Avatar, The Hurt Locker, Inglorious Basterds, Precious, Up in the Air

Zwycięzca? Może być tylko jeden - pan James Cameron. Można lubić Avatara lub nie, jednak jego artyzm jest niezaprzeczalny. Będę naprawdę zdziwiony, gdyby stało się inaczej.

Scenariusz adaptowany. Nominacje: District 9, An Education, In the Loop, Precious, Up in the Air

Zwycięzca? Dystrykt odpada z miejsca, nominacji totalnie nie rozumiem. Wydaje mi się, że statuetka powędruje do ekipy z W chmurach. To film kręcony idealnie pod Oscary właściwie.

Scenariusz oryginalny. Nominacje: The Hurt Locker, Inglourious Basterds, The Messenger, A Serious Man, Up

Zwycięzca? Pan Quentin Tarantino, nie mam żadnych wątpliwości. Odwalił przy Bękartach kawał dobrej roboty, a dodatkowo nie ma praktycznie żadnej poważnej konkurencji.

Najlepszy film. Nominacje: Avatar, The Blind Side, District 9, An Education, The Hurt Locker, Inglourious Basterds, Precious, A Serious Man, Up, Up in the Air

W tym roku aż 10 nominowanych produkcji w tej kategorii. Uważano widocznie, że zbyt wiele filmów zostawało pokrzywdzonych brakiem szans na wygraną. Hmmm, pomysł według mnie chybiony, bo i tak od razu można odrzucić piątkę, która na bank nie zdobędzie statuetki - District 9, The Blind Side, An Education, A Serious Man i Up. I tak mając tradycyjnie 5 filmów do wyboru można dalej eliminować - The Hurt Locker jak zapewne zauważyliście wg mnie będzie największym oscarowym przegrańcem i mimo 9 nominacji ekipa wróci bez żadnej statuetki. Jest to film dobry, ale niestety są lepsze. Precious jest cholernie nudny, jednak ma szanse, bo Akademia już nie raz nagradzała takie produkcje... Zatem pozostaje nam już tylko trójka - W chmurach, Bękarty wojny i Avatar. Każdy na to zasługuje, każdy jest filmem piekielnie dobrym, jednak życzę zwycięstwa Avatarowi. Może i jestem jak małe dziecko i lubię takie bajeczki, no cóż. Pandora wciągnęła mnie na całego.

Pozostaje nam tylko czekać do marca i dowiedzieć się, że połowę moich typów szlag trafił :).

środa, 27 stycznia 2010
"Titanic" na dnie

Choć w sumie może nie do końca na dnie, bo na drugim miejscu, ale tak czy inaczej w końcu oddał pałeczkę pierwszeństwa Avatarowi. Obecnie dwa filmy Jamesa Camerona stoją na czele listy najlepiej zarabiających filmów wszech czasów.

I tak, wiem, miałem już nie pisać o Avatarze, ale to chyba siła wyższa jest, że wciąż mam pomysły związane z nim na kolejną notkę. Pobicie rekordu nie mogło ujść mojej uwadze.

Gdzie jednak nie spojrzę (tj. w serwisach internetowych) to ludzie ciągle próbują umniejszać sukces Avatara. A to wielka kampania promocyjna, a to 3D, a to droższe bilety, zawsze coś znajdą. Jedno pytanie mam do nich - no i co z tego?! Zarobił najwięcej i już, ot, cała filozofia.

Avatarowi należy się przede wszystkim szacunek za to, że udało mu się zdobyć taką popularność, mimo że nie jest żadnym sequelem, prequelem, remake'iem, rebootem, czy innym cudownym wymysłem dzisiejszego kina. Sukces The Dark Knight czy trzeciej części The Lord of the Rings, nie ukrywajmy, w dużej mierze bazuje na znanej marce, wyrobionej przez poprzedników.

Jego największym atutem był James Cameron, twórca Titanica, najbardziej kasowego filmu wszech czasów. W stosunku właśnie do poprzedniego dzieła Jima daje to Avatarowi pewną przewagę - reżyser jest absolutną gwiazdą Hollywood, a nie jakimś szarym rzemieślnikiem. Z drugiej strony jednak rynek filmowy niesamowicie od tamtego czasu się zmienił. Ilość filmów, która powstaje teraz jest zatrważająca. Nie ma miesiąca bez jakiejś wielkiej premiery, a na przed wakacjami, bądź na koniec roku jest wysyp kilku(nastu) potencjalnych blockbusterów.

Avatar jest w 3D, przez co miał droższe bilety. Owszem, miał. Przez to nie był wyświetlany we wszystkich kinach, nie każdemu chciało się iść na 2D, to od razu utrata pewnej części widowni. Wszystko ma swoje wady i zalety.

W 1997 roku, kiedy to debiutował Titanic zjawisko piractwa było marginalne. W porównianiu do tego, co się dzieje dzisiaj można powiedzieć, że wtedy nie istniało. Avatar przez swój trójwymiar na nielegalne oglądanie nieco się uodpornił, ale mimo wszystko wydaje mi się, że został i tak spiracony w dużo większym stopniu, niż wcześniejsza produkcja Camerona.

A propos, zobaczcie sobie tylko screeny z pirackiej kopii:

Ludzie, którzy to oglądają to prawdziwi masochiści...

Nie staram się tutaj bynajmniej wychwalać Avatara w niebogłosy (to robiłem w recenzji :D), ani też wykazywać jego wyższości nad poprzednim dziełem Camerona, ale jedynie podkreślić, że są to filmy z dwóch różnych epok i trudno tu na każdym kroku zarzucać, że jemu jest łatwiej zbijać kasę, bo to czy siamto.

A teraz wracam świętować urodziny z książką do historii...

sobota, 23 stycznia 2010
Jak tworzono "Avatara"

Dobra, dobra, wiem, że o Avatarze pisałem już kilka razy, ale cóż, poradzić, że zakochałem się w tym filmie? Do sieci trafił teraz filmik prezentujący kulisy tworzenia tej superprodukcji i... muszę przyznać, że jestem pod jeszcze większym wrażeniem techniki stworzonej przez Camerona, niż na początku.

Fantastyczna jest ta kamera, która na żywo nakłada obraz wygenerowany komputerowo, coś niesamowitego, że takie coś istnieje :). Poza tym wielkie brawa dla aktorów. Umiejętność grania na bluescreenie to nic w porównaniu do tego, co oni musieli tutaj się namęczyć... Zresztą, sami zobaczcie:

poniedziałek, 18 stycznia 2010
"Avatar" oglobiony

Złote Globy rozdane, zaskoczeń nie było, wygrali ci, których przewidywałem (choć niekoniecznie chciałem, żeby wygrali.

Avatar zdobył 2 statuetki - za najlepszy film i najlepszego reżysera. Cameron powinien być zadowolony. Muzyka Hornera okazała się być za słaba, no cóż, niech im będzie... szkoda jednak, że Polakowi tego Globu nie dali.

Robert Downey Jr. również ze Złotym Globem, co mnie bardzo cieszy, bo jego kreacja Sherlocka Holmesa była bardzo udana i liczę, że dostanie jeszcze za tę rolę Oscara.

Co do telewizyjnych produkcji - Mad Men najlepszym serialem podobnie jak na ostatniej gali Emmy. Nie oglądam, więc się nie wypowiadam. Liczyłem, że wygra Dexter, ale przynajmniej Michael C. Hall i John Lithgow zgarnęli po statuetce. Choć z wygranej tego drugiego mniej się cieszę, bo pokonał Neila Patricka Harrisa, czyli kochanego Barneya z How I Met Your Mother. Może następnym razem, Neil.

niedziela, 17 stycznia 2010
67. Złote Globy

Nie są to Oscary, więc nie chce mi się robić jakichś większych przewidywań, ale dzięki tej ceremonii poznamy sposób myślenia amerykańskich mędrców świata showbiznesu, co oznacza że nieco łatwiej zgadnąć, kto dostanie Nagrodę Akademii Filmowej.

Przede wszystkim na tegorocznych Złotych Globach mamy polski akcent - nominację otrzymał kompozytor Abel Korzeniowski za oprawę dźwiękową do filmu A Single Man. Nie oglądałem tego, nie słuchałem, przyznaję się bez bicia, ale i tak życzę mu wygranej, w końcu rodak, nie? Zwłaszcza, że poza Jamesem Hornerem od Avatara nie ma większej konkurencji.

A skoro już przy Avatarze jesteśmy. Nominowany jest w czterech kategoriach - Najlepszy film, Najlepszy reżyser, Najlepszy piosenka, Najlepsza muzyka. Wg mnie we wszystkich bije na głowę przeciwników. No może Inglorious Bastards może się z nim równać, biorąc pod uwagę, że te wszystkie akademie mają nieco dziwny sposób wybierania zwycięzców. "I See You" Leony Lewis może nie jest hitem na miarę ballady z Titanica, ale cóż zrobić, skoro mi się podoba? Ja też mam dziwny gust ;).

Poza tym jeszcze liczę, że Invictus coś zgarnie, najlepiej za kreacje aktorskie, które były wyjątkowo udane trzeba przyznać.

Od strony serialowej zaś... Jako serial dramatyczny powinien wygrać Dexter po niesamowitym tegorocznym sezonie, zresztą Michaelowi C. Hallowi też się należy statuetka. Hugh Laurie już zgarnął Globa z tego co pamiętam, wystarczy mu. No i Neil Patrick Harris z HIMYM jest nominowany. Z całego serca życzę mu, żeby wygrał, ale zapewne tak się nie stanie. Przy Emmy też co roku go pomijają...

piątek, 01 stycznia 2010
Jeszcze kilka słów o "Avatarze"

Wiele osób zarzuca recenzentom rozpływającym w zachwytach nad Avatarem, jak i też samemu filmowi, że produkcja to tylko same efekty i po kilku latach te wysokie oceny będą nic nie warte, jako że technika cały czas idzie do przodu i na pewno powstaną kolejne rewolucyjne pod tym względem filmy. Ja jednak pozostanę przy swojej dziesiątce, którą dałem Avatarowi. Czemu?

Bo dobre efekty, które były rewolucyjne w swojej epoce nigdy się nie starzeją. Star Wars z 1977 roku wciąż oglądam z przyjemnością (choć to co np. teraz jest wydawane na DVD i emitowane w telewizji to wersja znacznie poprawiona przez Lucasa i spółkę w bodajże 1997 roku). Równie dobrze wspominam Supermana z Christopherem Reevem z 1978 roku. Wtedy efekty specjalne były stworzone w sposób zgoła inny od tego, który stosujemy dzisiaj, bo nie za pomocą wygenerowanych komputerowo obiektów! Z nowszych filmów warto wspomnieć o The Matrix, który premierę miał 10 lat, nie, 11 lat (trzeba się oswoić z myślą, że to już 2010 :D) temu, a efekty wciąż cieszą oko dokładnie tak jak przy pierwszym seansie! I tak właśnie będzie z Avatarem...

Mimo dania dziełu Camerona dziesiątki wcale nie, że jest to produkcja idealna. Fabuła jest przewidywalna, aktorsko jest "tylko" dobrze, a muzyka nie jest zbyt oryginalna. Ale czy to wszystko ma jakieś znaczenie? Pamiętam jak kilka lat temu na fali tzw. "małyszomanii" cała Polska grała w Deluxe Ski Jump, w grę, która miała grafikę i lat spóźnioną conajmniej o 10 lat. Nie było tam nazwisk prawdziwych zawodników, czy też istniejących w rzeczywistości skoczni. Jednak co z tego skoro skakanie (szczególnie w towarzystwie przyjaciół) dawało tyle radości i satysfakcji, że potrafiło się przy tej grze spędzić całe tygodnie? Jak to jest, że książkowy Harry Potter mimo swojej dziecinności, "bajkowatości", sporym zapożyczeniom z innej literatury, wciąga wszystkich bez wyjątku i nie można się od niego oderwać, dopóki nie skończy się rozdziału, czy nawet całego tomu?

To wszystkie wady nie mają znaczenia, bo świat gry czy książki wciąga nas doszczętnie i nie daje o sobie zapomnieć. Dokładnie to samo udało sie Jamesowi Cameronowi w Avatarze. Niemalże baśniowa Pandora to kraina tak piękna, tak cudowna, że nie chce się jej opuszczać.

Potężna grupa osób idzie do kina na film drugi, czy nawet trzeci raz, aby ponownie wejść do świata Avatara... Ja, jak już pisałem, mam dokładnie takie same odczucia. Z chęcią jeszcze nie raz dam się przenieść na planetę, na której mieszkają Na'vi. Mimo tych wszystkich minusów. Mimo tych wad. Bo reszta jest tak wspaniała, że złych stron się nie widzi.

poniedziałek, 28 grudnia 2009
"Avatar"

Nie jesteśmy już w Kansas ­– słynnym cytatem z The Wizard of Oz (który notabene został użyty w filmie) można podsumować Avatara. To już nie jest to samo. To nie to kino co wcześniej. James Cameron w swojej najnowszej produkcji wyznacza nowe standardy, które można nazwać prawdziwą rewolucją w technice kinematografii.


Mamy rok 2154, a ludzkość stała się rasą bardzo zaawansowaną pod względem technologicznym. Podróże międzyplanetarne i międzygalaktyczne nie są już żadnym problemem, dzięki czemu ruszamy na ekspansję kosmosu. Na Pandorze, księżycu bliżej nieznanej nam planety w odległym układzie, odnaleziono bardzo cenny minerał. Ziemia decyduje się na wysłanie ekipy ludzi, których zadaniem jest zdobycie jak największej ilości tego surowca. Nie jest to jednak takie proste, gdyż planeta zamieszkana jest przez Na’vi, człekopodobną rasę, chroniącą naturę za wszelką cenę, sprzeciwiając się tym samym Ludziom Nieba, jak nazywani są Ziemianie. Aby bliżej poznać tubylców stworzone zostają tzw. Avatary, ciała Na’vi, do których można „wgrać” ludzką świadomość.

I o te Avatary właśnie się rozchodzi. Główny bohater, kapral Jake Sully, po utracie władzy w nogach, zostaje sprowadzony na Pandorę, aby pokierować Avatarem swojego brata, który zginął w nieznanych nam okolicznościach. Zostaje on wysłany na misję, żeby infiltrować wrogą rasę Na’vi.

Fabuła może wydawać się niezbyt oryginalna - wszystko to już gdzieś było, jednak dzięki swojej iście mistrzowskiej technice reżyserskiej Cameron nie daje nam tego odczuć. Budżet do nakręcenia produkcji, jaki dostał od studia Fox oscyluje w granicach 237 mln dolarów, a wg niektórych źródeł  nawet więcej, bo ok. 300 mln. To widać na ekranie. Mało powiedziane, ma się wrażenie, że ten film kosztował 4 razy tyle!

Efekty specjalne stanowią większość Avatara, co zresztą przyznaje sam reżyser. Jednak tu jak zwykle nie chodzi o ilość, a o jakość. A ta jest niesamowita. Avatar, po Star Wars w 1977 i The Matrix w 1999 jest kolejnym krokiem milowym w historii kina. To, co widzimy na ekranie jest nie do opisania. Ostatnio w internecie przy okazji recenzji, czy opinii na temat takich filmów jak Transformers i 2012 wielokrotnie widziałem zdania typu „to po prostu trzeba zobaczyć w kinie”, „w telewizji, na DVD to nie będzie to samo”. Cóż, dość powiedzieć, że tamte filmy Avatarowi nie dorastają do pięt. Na dzieło Camerona obowiązkowo trzeba wybrać się do kina, i to najlepiej nie byle jakiego - IMAX jest w tym wypadku preferowany! Tylko dzięki temu olbrzymiemu ekranowi będziemy w stanie docenić kunszt Avatara!

Pandora to planeta z pozoru podoba do Ziemi. Spotkamy tu również masę cudownej fauny oraz przepięknej flory. Świat przedstawiony w filmie jest wprost genialny i jeśli nie dostanie on Oskara za efekty specjalny to będzie to chyba największą porażką Akademii Filmowej w historii. Na Pandorze wszystko żyje, wszystko się rusza, wszystko… jest realistyczne. Surrealistyczna wizja reżysera przemawia do widza w sposób niespotykany, niemalże przenosi nas do świata filmu. Wielokrotnie podczas seansu miałem ochotę zatrzymać obraz, żeby móc obejrzeć wszystko, co wyczarowali twórcy filmu. Robaki, muchy, kurz, dym… Cameron jak przystało na perfekcjonistę zadbał nawet o najdrobniejsze szczegóły. Jak sam powiedział „technologia musiała się rozwinąć”, aby mógł zrealizować swoją wizję, przez scenariusz przeleżał 10 lat, zanim rozpoczęto produkcję.

Równie dobrzy wykreowani jak przyroda została rasa Na’vi. Niebieskoskórzy humanoidzi są olśniewający. Ich mimika, gesty, sposób poruszania się, wszystko to zostało świetnie zrealizowane. Na potrzeby filmu James Cameron stworzył nawet język tubylców (który bazuje na nowozelandzkim Maori oraz języku amharskim wywodzącym się z Etiopii).

Stworzenie oprawy muzycznej reżyser podobnie jak przy Titanicu zlecił swojemu przyjacielowi Jamesowi Hornerowi, a ten spisał się co najmniej dobrze. Ścieżka dźwiękowa idealnie wpasowuje się w świat przedstawiony w filmie i tworzy niesamowity klimat. Można co prawda zarzucić kompozytorowi brak oryginalności. Wykorzystuje on już dosyć ograne schematy, szczególnie daje się to wyczuć podczas słuchania soundtracku z filmu, kiedy nie ma się przed sobą obrazu. Nie przeszkadza to absolutnie przy odbiorze, gdyż Horner czerpie z dorobku innych artystów w sposób mistrzowski.

Jedną z rzeczy, która mnie martwiła najbardziej był dobór obsady. Wśród aktorów występujących w Avatarze nie ma praktycznie żadnego szerzej znanego aktora, który mógłby dodatkowo przyciągnąć widzów. Jest co prawda trzykrotnie nominowana do Oskara, 60-letnia Sigourney Weaver, znana z serii filmów Obcy (reżyserowanych również przez Camerona), jednak jej sława nieco już przygasła. Zatrudnienie mniej znanych aktorów było z pewnością spowodowane brakiem funduszy, zdecydowana większość budżetu poszła na efekty. I choć nie ma tu kreacji wybitnej, jakiegoś występu zapierającego dech w piersiach to tak czy inaczej gra aktorka w Avatarze jest bardzo solidna i przede wszystkim równa, każdy aktor doskonale wczuwa się w swoją rolę i trudno mu zarzucić braki w warsztacie. Niezatrudnienie gwiazd Hollywood wyszło filmowi na dobre – aktorzy grają umiejętnościami, a nie tak jak często bywa, nazwiskami.

Ostatnim aspektem, który trzeba poruszyć jest technika 3D, która została wykorzystana w filmie. Na potrzeby filmu skonstruowano bowiem nowe stereoskopowe kamery, pozwalające stworzyć efekt, jakiego jeszcze nie było. Trzeba przyznać, że udało się to twórcom znakomicie. Dzięki trójwymiarowi świat Pandory wygląda bardziej realistycznie, jest niesamowicie klimatyczny i potęguje wrażenie bycia na tamtej planecie. To już nie jest 3D przy użyciu czerwono-niebieskich okularów, w których oglądaliśmy Spy Kids. To nie jest 3D rodem z My Bloody Valentine, gdzie stosowano typowo efekciarskie chwyty, które śmieszyły publiczność. Trójwymiar w Avatarze jest wyjątkowy, misternie zrealizowany. Nie ma tu takiego jednolitego podziału na to, co jest z przodu i na to, co jest z tyłu, co było wyraźnie widoczne w wyżej wymienionych produkcjach. 3D w wykonaniu Camerona jest subtelne, nienachalne i idealnie zgrane z pozostałymi częściami filmu. Pewien amerykański krytyk na temat techniki użytej w Avatarze powiedział „Święty Graal techniki 3D w końcu nadszedł”.

Mimo dwóch godzin i 40 minut trwania produkcja nie pozwala nam się nudzić, scenariusz jest dopracowany, nie ma w nim jakichś błędów, czy uproszczeń na miarę choćby ostatniego 2012, gdzie absurd goni kolejna głupota. Mimo lekko przewidywalnej fabuły film powinien spodobać się wszystkim, i starszym, i młodszym, zresztą doskonale widać to po wynikach, jakie notuje w samych kinach. W ciągu zaledwie dwóch tygodni od premiery Avatar zarobił ponad 600 mln i nie zanosi się, żeby na tym się skończyło. Jeśli jakiś film ma kiedykolwiek pobić rekord Titanica to jest to właśnie Avatar.

James Cameron stworzył film przełomowy, bez dwóch zdań. Świat w nim przedstawiony jest magiczny, pochłania nas niemal natychmiast, przez co zupełnie zapomnimy o naszej szarej rzeczywistości. Porządna gra aktorska, trójwymiarowe efekty i muzyka Hornera dostarczą nam niezapomnianych wrażeń. Ja bawiłem się na nim genialnie i bez wątpienia zawitam do kina jeszcze raz.

polecane
supernatural
avalonscripts
smallville
supernatural
supernatural